Wiadomości na temat literackiej Warszawy.
Mury popękane, poodpadany tynk, poobrywane rynny i walące się dachy zaledwie wierzyć pozwalają, że domy te służą za mieszkanie dla ludzi. Z drugiej strony NIBY ulicy, bo trudno nawet to miejsce nazwać ulicą, wznosi się ogromna góra (jedyna nazwa tego miejsca) równolegle z domami położona, powstała po większej części z nieczystości śmietników z różnych domów Warszawy tu nazwożonych. Między domami a górą jest przejście stanowiące właściwą ulicę, nie szersze jak trzy łokcie, miejscami zaledwie na dwa i mniej. Nagromadzone do zbytku błoto i materiał różnorodny śmieci przez obsuwanie się ustawiczne na stronę domów nie pozwala górze utrzymać pewnej statecznej figury. Zaradzono temu przez podpory z desek, wspartych niedbale drągami, ale i te deski zdają się walić pod ciężarem góry..." Takich opisów — jak gdyby wyjętych z Dickensow-skiego Wspólnego przyjaciela — jest w Klementynie o wiele więcej i one też stanowią o dziwnym uroku tej książki, przenoszącej dzisiejszego czytelnika w fantastyczny, na pół realny.